środa, 5 lipca 2017

Komisja ds. Zajebistości, krytponim: Bizon



Ciepłe letnie popołudnie. Trzech chłopaków pod sklepem plus minus 6-8 lat. Wszyscy wcinają lody wodne. O dziwo. Żaden nie trzyma w ręce żadnej elektro-zabawki.
Podjechałem pod sklep Blazerem. Życie na ławeczce zamarło. Wysiadłem, uśmiechnąłem się do nich pod nosem.
Wszedłem do środka. Parę razy, najodważniejszy z nich wchodził do środka i uciekał ze śmiechem jak tylko podniosłem na niego wzrok. Kupiłem co miałem kupić. Na ławeczce znowu cisza i brak ruchu.
Jakby ktoś właśnie krzyknął: "1-2-3 Baba Jaga patrzy!".
Wtedy pomyślałem, że jeszcze całkiem niedawno sam taki byłem. Właściwie ta cząstka dziecka na całe szczęście nadal mi towarzyszy.
We wzroku tych trzech smarków widziałem totalnie nieskrywany, nie podszyty żadnym podtekstem podziw. Pomyślałem, że w tym świecie, jeszcze tylko dla takich dzieciaków liczy się frajda.
Dorośli już dawno zapomnieli a nawet jeśli nie. Wstydzą się, że ktoś ich wytknie palcem, powie: "Patrz, kupił złom, kto tym teraz jeździ, jak on śmie tym parkować pod naszym blokiem", albo zwyczajnie potraktuje niepoważnie.

Odpaliłem . Jeszcze na "P" zakręciłem na obroty. Chłopaki już z oczami jak pięć złotych śledzili dalszy rozwój wypadków. Wrzuciłem "D" przetoczyłem się przez chodnik i z lekkim poślizgiem odwróciłem wóz w stronę z której przyjechałem.

Drobne gówniane codzienne przeżycie. Praktycznie nie zauważalne. Jest takich mnóstwo. Większość nawet nie zwraca uwagi bo przecież to tylko banda gówniarzy. Jednak, od tej bandy biła taka szczerość emocji, że na pewno zapamiętam to wydarzenie. Tych trzech gentelmenów w krótkich gaciach to była do tej pory najważniejsza komisja w moim życiu. Komisja decydująca o zajebistości. Kto wie, może jeden z nich za niedługo kupi jakiś zgruzowany motorower? Taki dzieciak to czysta kartka. Kanwa na którą można przelać złe i dobre. Według mnie przelewam dobre. Mówią, że motoryzacja to najlepsza pasja dla gówniarza, wiecie dlaczego? Bo wtedy na pewno braknie mu na dragi, alkohol i fajki.

Po pierwsze primo. Przekazanie komuś myśli, emocji, pasji. To coś wspaniałego. Pasja jest nic nie warta jeśli się nią nie dzielisz.
Po drugie primo, dorośli ludzie, przestańcie wstrząsać dupą na myśl o swoich marzeniach. Żałować będziecie raczej tego, czego nie zrobiliście. Nigdy w moim życiu nie było inaczej.

Z filozłomiarskim pozdrowieniem Joszko.

PS. Blazer ze zdjęcia niestety nie jest nasz, nasz jest kapkę nowszy i jeszcze nie tak fajnie zrobiony, ale robim co możem.

środa, 21 czerwca 2017

Bizon


Joszko: Marynka pa jakie Ci wysłałem wozidło, opłaca się tanie w cenie roweru z marketu.
Marynka: To zbieraj zaskórniaki jedziem po to

W ten oto właśnie sposób wesoła parka złomiarzy już jakiś tydzień później o godzinie 18.50 z plecakami wypakowanymi jak na apokalipsę zombi wparowała na peron numer dwa.

Wyruszyliśmy więc w podróż luksusowymi wagonami klasy najtańszej z dwoma biletami studenckimi w kieszeni.
Marynka przespała prawie cała drogę, ja niestety spać nie mogłem więc korzystałem z uroków polskich kolei.

Nuda.
30 min snu.
Gazetka.
Nuda.
Jakiś baran zamknął okno a w przedziale właśnie zaczynam czuć skarpety sąsiadki.
Widoczki z Marynką przy oknie.
Podziwianie architektury Śląska.
Nuda

Później światło zgasło i do godziny 6.50 nie licząc przerywników w postaci awantur ludzi o miejsca podróż minęła mi na ćwiczeniu mięśni pośladków.
Marynka rzecz jasna spała.

W końcu upragniona stacja.
Wysiadamy, ma po nas przyjechać sprzedający auto. Okazało się, że przyjechał nie autem, ale autobusem. Jedziemy. Po fascynującej wycieczce po mieście Szczecin jesteśmy na miejscu.
Okazuje się, że auto ma źle założony pasek wielo-rowkowy napędzający osprzęt silnika, niestety nasz sprzedający nie mógł sobie sam poradzić. Na szczęście był ze mną mój nieodzowny zestaw narzędzi.
Ubrałem więc koszulę i po jakiś niecałych 10 minutach pasek był na miejscu.
Nastąpił czas na oglądanie.
Najpierw paluch w rurę. Nie tłusto w środku, jest szansa że staruszek nie bierze oleju.
Odpał na zimno, nie puścił ani dymka.. Marynka widzi, że moja ekscytacja sięga zenitu, ale na twarzy zachowuje spokój i minę Mirka handlarza. Później komenda padnij i oglądamy od spodu. Podłoga i mocowanie budy do ramy nie wygląda źle sama rama jest piko bello. Nie istnieją progi, doły przednich drzwi i przednie błotniki, ruda tańczy jak ten no kozak po kurhanach wrogów.
Tego się jednak spodziewaliśmy bo było tak umówione przez telefon.
Wnętrze miało być zniszczone... Na nasze standardy elegancko tylko zagracone i zaniedbane.
Wsiadam, sprzedawca na lewy Marynka za mnie. Jedziemy. Skrzynia pracuje elegancko. Jeśli wierzyć fakturom, była remontowana jakiś rok temu. Faktura opiewa na kwotę przekraczającą dwukrotnie cenę auta. Wg. sprzedającego kupę rzeczy nie działa (jak się później okazało, wystarczyło umieć używać i jednak działa).
Mały crusing po mieście i już wiem, że bierzemy auto. Bez targów bo i nie było z czego. Umowa podpisik, zapakowanie gratów które jeszcze były w gratisie do auta, między innymi drzwi przednie w dobrym stanie.

W drogę.

Podsumowując. Przejechaliśmy 750 km. W normalnym czasie bez postojów technologicznych 25-letnią ameryką która kosztowała nieco ponad 3 tysiące złotych. Nie stało się kompletnie nic. Podróż nawet bardziej komfortowa niż naszym codziennym Volvem V70.
Powiecie teraz pewnie, ale to ameryka silnik duży (oj tam duży.. niewiele ponad 4 litry i sześć cylindrów w układzie V skutecznie już leczy kompleksy) pali dużo!
Czy ja wiem, mamy w Bizonie instalacje LPG. Spalił 15l/100 gazu po niecałe 2 złote za litr.
Rachunek prosty, matematykę zostawiam wam.

Podsumowanie numer 2. Warto. Warto było kupić to auto dla przygody i żeby wyrobić sobie opinie. Na razie to najfajniejszy wóz jaki mieliśmy. Oczywiście auto jest do dłubania. Wytargałem całe wnętrze Marysia wszystko umyła i posprzątała. Zabezpieczyłem też drobne ogniska korozji. Zostało poskładać i ten etap mamy za sobą. Tak pewnie będzie wyglądać nasza przygoda z tym amerykanckim kawałkiem żelaza. Będziemy dopieszczać a on niech się odwdzięczy jazdą i bulgotem V6.

Ze złomiarskim pozdrowieniem Joszko.

czwartek, 8 czerwca 2017

Mroczności lasów naszych

 Chaszcze. Mgły. Sapanie miśków z wąwozów i innych zakamarków leśnych. Bieszczadzkie mroczności. Chociaż z drugiej strony, często (mi na ten przykład) kojarzą się z lepkością lata, ciepłem, bijącą słodyczą lasu i szumem mokrych traw wijących się gdzieś tam w zwierzęcych kopytach. Tudzież łapach.

czwartek, 9 lutego 2017

Magnum Opus


Odkąd sięgam pamięcią, zawsze chciałem inaczej. Ojciec mówili nie dotykaj bo kopnie. Kopło. Za świeżą spawkę nie łap bo poparzy. Trzy tygodnie okładów i bandaży. Tak to się kręciło od wieku wczesno-dziecięcego aż do teraz. Stare górale ponoć mówią, że nawet małpa się uczy. Joszko się nie naumiał i dalej sobie bidny życie utrudniam jak tylko mogę.
Odkąd sięgam pamięcią chciałem mieć też motocykl, miałem ja Izh Jupiter Pjat z góry jechać pod górę pchać jak mi 16 wiosen stukło. Powiedziałem sobie nigdy więcej rosyjskiej myśli technicznej.
Przyszła później, jak w życiu prawie każdego motonity pora na pierwszy poważny motocykl japoński.
Mogłem mieć Suzuki gs500 brzydki, ale tani i bezproblemowy, albo np. Hondę cb500 też idealne na pierwsze poważne moto. To za mało na ambicyje Joszka.
Sprzedałem więc swoje stare BMW(pierwsze auto… do dzisiaj trochę popłakuje w poduszkę) i kupiłem cztero cylindrowe Suzuki gs550 które w chwili zakupu miało 35 lat.

 


Japoński klasyk, piękny motocykl.
 Cudowny
 Pa jaka technologia tam już była w latach 80.
 Idzie jak przeciąg.
Te Joszko a co Ci tam tak smędzi olej przy głowicy.
To? To na pewno uszczelka.

To nie była uszczelka, a z jednej z pierwszych przejażdżek wróciłem na 3 cylindrach bo niestety na drugim wystrzeliła świeca.


Pierwszy plan.. głowica do regeneracji, mały lifting wizualny, wrzucimy kierownice clubman'a jakiś ciekawy wydech z epoki i będzie fajny klasyk.


Miesiąc później Diax w moich rękach zaśpiewał, wtórował mu palnik acetylenowy i migomat.





Później była nowa praca, studia, remonty silnika.






Następnie GeeS wylądował na studenckim mieszkaniu.



Proszki piaski cukrowania.



Składanie wszystkiego do kupy.










Tak więc, z racji różnych perturbacji wyjazdów za granicę i inszych po mniej więcej roku światło ujrzało moje pierwsze oficjalne dziecko (reszty się trochę wstydzę, ale każdy się kiedyś uczy).
Jednakże z tego jestem dumny.
Niewiele mam zdjęć gotowego tworu, niestety mój telefon poszedł się kochać a wraz z nim spora część zdjęć. Mam nadzieje, że Marynia jako nadworny fotograf naszej dwuosobowej sfory to rychło nadrobi. Jednak więcej kontentu możecie znaleźć na moim instagramie.
Insta Joszko

Łapa hej!
#suzuki #gs550 #garage #motorcycles #custom #tracker #scrambler #raw #steel

Dzicz dzicz błoto chaszcze o, pszczółka

Bieszczady.

Cóż się tu rozwodzić: łapami trzymają. Puścić nie chcą. Natchnieniem są potężnym. A do czego? Głównie do życia. Dzicz wyostrza zmysły, nawet jak tylko po maliny na ciacho zamierzasz wybyć. Tu coś machnie gałęziurą, tam coś mruknie na Cię. O! I pszczółka nagle wyłoni się zza krzaka. W sensie duża taka. Star. 66 jak to Joszko uświadomił. Gdzieś, kiedyś miałam zdjęcie pszczółki. Zachachmęciłam. Ale może się jeszcze zwidzi.

Wracając do tematu: Bieszczady = błocko niemiłosierne. Tylko takie dobre. Pachnące. Chociaż w sumie jak kto lubi. Ja lubię. Kojarzy się z cudownymi burzami, szumem lasu, chłodem bijącym z ziemi, mgłami otaczającymi góry i pagóry, co je nożem kroić można. Z konnymi wypadami do lasu po rydze. Z ruchomymi piaskami (pewnie trochę inne to zjawisko, jednak ja siedząca w nich po pępek z zassanymi sandałami, tak właśnie je scharakteryzowała). Błoto. Istne cudo!

Plan niecny zakłada powrót w rodzinne górzyska. Byłoby zacnie. Bo ich "syreni śpiew" ciężko już dłużej zagłuszać...

Maryna







środa, 8 lutego 2017

A o czym to tu..?

Przeszywający do szpiku kości mróz, wszechogarniająca i obezwładniająca przestrzeń, skrzypiący pod łapami sfory psów śnieg. Wielka gonitwa ku chacie ze świeżą dostawą pobrzękującego metalicznie złomu pod brezentem okalającym sanie. 

A tak. Zdecydowanie to jest esencja życiowych planów Rdzawych Łap. Ludzi z głuszy borykających się obecnie ze smutną miastowością życia. Zatrzymani na czas jakiś w okowach betonu, postanowiliśmy podzielić się i w pewien sposób zatrzymać na dłużej chwile wolności- czy to w dziczy naszej wspaniałej, w lasy bieszczadzkie odzianej, czy też w warsztacie, przy tworzeniu nowych maszyn przenoszących w najdalsze nawet ostępy. 

Rdzawe Łapy powstały by natchnąć, zmotywować i uchować. Może co z tego będzie.
Ino jo!

Maryna



Wiatr uderzający w okiennice i drobinki śniegu wdzierające się przez szparę w drzwiach. Trzaskający ogień w starej żeliwnej kozie, drewniana podłoga skrzypiąca pod każdym krokiem i zapach benzyny unoszący się ze starego gaźnika leżącego na styranym dębowym stole... ten który pamięta wiele. Tak go zwiemy.


Chleba i igrzysk? Otóż nie. Przestrzeni. Powietrza wypełnionego sosnową nutą. Silnika mruczącego historią. Tym oddychają Rdzawe Łapy.
Górskie włóczęgi, uzależnienie od puchu, zasypianie ze smarem za paznokciami i głową pełną nowych pomysłów na wszelakie dwu i cztero-łapne pojazdy. To nie pasja, to styl życia. Tym właśnie będziemy się dzielić z Wami na łamach naszego leśno-złomiarskiego pismaka. 
Pokażemy klimat jaki tworzy symbioza dziczy i motoryzacyjnej rozpusty.

Joszko